marzy?, napi?cie maleje, s?o?ce, dobra widoczno??, na
horyzoncie g?ry Tibesti. To najlepszy sprawdzian, ?e mamy dobry kierunek.
Obliczam: do Fort Lamy jeszcze oko?o 1500 km Sahary. Czy zastan? tam listy
z domu? Po po?udniu pierwsze wystaj?ce z oceanu piask?w ska?y. Staj? na
przerw? obiadow? pod samotnym zespo?em g?r. Pierwszy raz w cieniu, ale
ciep?o jak w piecu. Czuj? gor?ce uderzenia do g?owy. Ciekawo?? gna mnie
jednak mi?dzy ska?y, i co za rado??! Znajduj? na jednej z nich wykuty
rysunek krowy. To jest nareszcie co?, czego nie by?o w opisach. W
zacienionych szczelinach skalnych s? te? ?lady ognia. Jak dawne? Znalaz?em
39 miejsc z rysunkami. Nie zwracam ju? na nic uwagi. ?a?? po s?o?cu ze
szkicowni-kiem i aparatami. Ka?de schylenie si? po papier czy o??wek to
wysi?ek, kt?ry trzeba doceni?, skoro doliczy?em si? 246 skalnych rysunk?w!
Wi?kszo?? przedstawia zwierz?ta: krowy, byki, antylopy, jest te?
nosoro?ec, s? ?yrafy, psy. Po obiedzie odnajduj? jeszcze s?onie, kozice,
owce, ?yrafy w c?tki, krowy w ?aty. Rysunki spotyka si? na g?adkich
?cianach i w miejscach zacienionych, zwykle tu? u podn??a g?r. Tak
wygl?da?o pierwsze spotkanie z rysunkami na ska?ach.
Docieramy do oazy Bardai. Pierwszy kontakt z lud?mi i wiadomo?ci ze
?wiata. Mamy rezerw? wody pitnej. Z uk?adu ch?odzenia uby?o przez ca?y
czas 1,5 l wody. Zatrzymujemy si? tutaj kilka dni. Wpierw przeprowadzam
kosmetyk? wozu. articles: star66-62.jpgPoznajemy ?yj?cych tu Tibu — mieszka?c?w tych g?r.
Wieczorem, po obejrzeniu ta?c?w na jednym z plac?w wioski, jeste?my
zaproszeni przez mieszka?ca s?siaduj?cego z nami „domku". Ciemna,
bezksi??ycowa noc, nie wida? gwiazd, py?y niesione przez wiatr z pustyni
przys?oni?y zupe?nie niebo. Idziemy rz?dem, prowadzi gospodarz, co? tam
przede mn? majaczy, ale kieruj? si? raczej s?uchem, nie odr??niani nawet
swoich st?p od piasku, s?ycha? tylko szelest jego przesypywania i g?uche
st?pni?cia. Wciskamy si? w skupisko domk?w i ograniczaj?cych podw?rka
?cian z trzciny. Czuj? j? wyci?gni?tymi przed siebie d?o?mi. Jest jeszcze
szelest ocieraj?cych si? ramionami poprzednik?w. W tym momencie
uzmys?awiam sobie, jak pot??ny jest bezmiar Sahary. Id? na ko?cu, wydaje
si?, ?e gdybym przystan??, ucichn? kroki i nie b?dzie ju? nic. Na chwil?
zatrzyma?em si?, jest cisza, p??na noc, nie s?ycha? odg?os?w osady. Stoimy
na podw?rku, kt?re si? raczej wyczuwa, ni? widzi. W rozja?niaj?cej si?
purpurowej po?wiacie spostrzegam, jak gospodarz rozdmuchuje mikroskopijny
?ar w?gielk?w na ?rodku zagrody. Obok ognia le?? dwie postacie. Jedna
wstaje — to ?ona gospodarza — przynosi derk?, kt?r? uk?ada pod ?cian?
ogrodzenia. Gospodarz zaprasza do siadania. Ognisko o?wietla ju? do??
dok?adnie czworobok piasku zamkni?ty wysokimi na 2,5 m ?ciankami
grodzonymi z trzciny. Cz??? zajmuje domek, wykorzystuj?c dwie naro?ne
?cianki. Wida? wyra?nie tylko otw?r wej?ciowy, brak okien. Drugi
czerniej?cy otw?r to wej?cie do sza?asiku gospodarczego. ?ona gospodarza
po?o?y?a si? ponownie obok syna, kt?ry nie poruszy? si? od naszego
wej?cia. Udaje, ?e ?pi, czasem jednak blask ognia zdradza, ?e obserwuje
nas spod przymru?onych powiek. Obydwoje z matk? le?? na piasku owini?ci w
burnusy, pod?o?ywszy pod g?ow? d?onie. Le?? po?rodku prostok?ta
ograniczonego usypanym z piasku wa?kiem. Zastanawia mnie to, ale o nic nie
pytam. Jak dot?d, panuje milczenie, nikt nie powiedzia? ani s??wka. Gdy
wchodzi?em, moje „salam alekhoum" rozwia?o si? gdzie? nad podw?rec?kiem.
Przypuszczam, ?e kobieta nie powinna odpowiada?, a ma?y by? za ma?y, aby
przyjmowa? go?ci. Gospodarz przyszed? z nami, pozdrowi?em wi?c og?lnie
dom. W?a?ciwe powitanie trwa?o p??torej godziny, bowiem nale?y do niego
parzenie i picie herbaty. Jest to ca?y ceremonia?, objaw go?cinno?ci i
obrz?dek powitania. Nieprzestrzeganie tej tradycji mo?e by? uwa?ane za
obraz?. Jest to tak powa?ny rytua? powitalny, ?e czynno?ciami z tym
zwi?zanymi mo?e si? zajmowa? tylko m??czyzna, i to najwy?szy stopniem w
hierarchii rodzinnej. Ten sam ceremonialny zwyczaj obserwowa?em w Azji. W
zupe?nej ciszy obserwuj? ruchy gospodarza. Czasem doleci jaki? odg?os z
otaczaj?cych nas zagr?d, czasem zaszele?ci, poruszona lekkim wiatrem,
trzcina ogrodzenia. S?ycha? bardzo wyra?nie rozdmuchiwanie ?aru przez
gospodarza. Ogie? pali si? bardzo oszcz?dnie, utrzymywany kunsztownie
tylko tyle, ile go potrzeba. P?omyk dotyka metalowego naczynia,
zawieszonego na sko?nie wbitym w piasek pr?cie. Gospodarz tak si?
zapami?ta? w czynno?ciach, jakby nas tu wcale nie by?o. Przyniesione
poprzednio wraz z czaj-
niczkiem malutkie czarki stoj? p??kolem na piasku. Woda zagotowa?a si? i
nasz mistrz ceremonii nalewa wrz?tku do czajniczka, w kt?rym ju? jest
herbata z kawa?kiem cukru. Teraz czajniczek zostaje zawieszony nad ogniem
i przez przesuwanie ?aru utrzymuje si? w nim odpowiedni? temperatur?, po
czym przelewa si? zawarto?? na moment do innego naczynia i z powrotem.
Czynno?? t? powtarza si? parokrotnie. Gospodarz nalewa do swojej czarki,
pr?buje odrobin?, ocenia, czy napar jest odpowiedni, i wlewa na powr?t do
czajniczka. Jeszcze chwil? podgrzewa, po czym zr?cznie nape?nia czarki,
lej?c p?yn cienkim strumykiem z wysoka. W ten spos?b nalewana herbata
och?adza si? odrobin? i lekko pieni na powierzchni. Ka?dy z nas, wed?ug
zaplanowanej przez gospodarza kolejno?ci, co podkre?la wiek lub wa?no??
go?cia, otrzymuje czark?. Pijemy ma?ymi ?yczkami i pust? czark? podajemy
do r?k gospodarza. Tego wymaga ceremonia?, nie wolno te? odstawi? czarki
na piasek, mo?na by obrazi? dom i domownik?w. T? sam? herbat? zaparza si?
trzykrotnie i ka?dy z nas wypija po trzy czarki. Herbata ma dodatek mi?ty,
co nadaje jej specyficzny smak. Wydaje si?, ?e nasz gospodarz doda? wi?cej
mi?ty przy trzecim zaparzaniu.
Siedz? wygodnie oparty, ca?odzienna praca na upale daje si? we znaki, tym
bardziej ?e podczas dnia nie ?pimy, jak to robi? krajowcy, szkoda nam
czasu. Teraz wi?c ju? po p??nocy czuj? znu?enie i poddaj? si? ciszy.
S?ysz? tu? za swoimi plecami szelest trzciny, przez chwil? pomy?la?em, ?e
to mysz, i przesta?em zwraca? uwag? na szmer. Po chwili delikatny szmer
si? powt?rzy?. W tym samym momencie ch?opiec uni?s? g?ow?, gospodarz
momentalnie podsyci? ogie? i powiedzia?: „Smet ada"! (S?uchaj tam!).
Ch?opiec paroma cichymi skokami znalaz? si? tu? przy mnie. Sypie piaskiem,
podnosz?c ko?ce trzcin. Dwa, trzy uderzenia trzyman? w d?oni zwini?t?
szmat?, po czym wygarnia bli?ej ?wiat?a troch? sfatygowanego skorpiona.
Po ostatniej czarce podnosimy si? i, odprowadzeni przez gospodarza,
wychodzimy. W trakcie po?egnania zapyta?em o przeznaczenie usypanego
dooko?a ?pi?cych wa?ka z piasku. Gospodarz wyja?ni?, ?e jest to ochrona
przed skorpionami. Podobno ?pi?cy ma us?ysze?, jak usypuje si? piasek pod
wdrapuj?cym si? na to ogrodzenie skorpionem. Wydaje mi si? jednak, ?e
paj?czaka odstrasza samo wspinanie si?, kt?rego woli dla wygody unikn??,
tym bardziej ?e nie od?ywia si? lud?mi. Przypadki pok?u? ludzi przez
skorpiony zdarzaj? si? wtedy, gdy owad si? broni.
Codziennie robi? wypady po kilkana?cie kilometr?w od oazy w poszukiwaniu
skalnych rysunk?w. Plon poszukiwa? by? coraz bardziej owocny. Znajdywane
rysunki przedstawia?y ludzi, sceny pasterskie, sceny z polowa?, wojownik?w
i ta?ce kultowe. Rysunki na Saharze pochodz? z r??nych epok, nawarstwiaj?
si?, s? dzie?em r??nych lud?w, kt?re tu mieszka?y od pradawnych czas?w.
Sta?y si? one przedmiotem analizy naukowc?w. Wiadomo, ?e w dalekiej
przesz?o?ci Sahara by?a jednym z najg??ciej zaludnionych obszar?w Afryki.
By?y tu pastwiska i woda. Na d?ugo przed nasz? er? rozpocz??o si? powolne
osuszanie Sahary i ludzie zacz?li z niej ucieka?. G?ry Tibesti s? rejonem
ma?o jeszcze zbadanym. Ka?dy krok, podczas poszukiwa? nowych miejsc z
rysunkami, kiedy ?azi?em po upale, nie by? ?atwy. Bardzo pomaga?a
lornetka, co oszcz?dza?o mi podchodzenia do skalnych ?cian, pod kt?rymi
nie by?o prawie cienia. Siada?em lub k?ad?em si? na piasku, wyszukuj?c
wygodne miejsce pod ?okcie, i wolno przegl?da?em przez lornetk? niedalekie
ska?y. Je?eli niczego nie zauwa?y?em, przenosi?em si? kilkadziesi?t metr?w
dalej i zaczyna?em od nowa. Trzeba jednak bardzo uwa?a?, rysunki znikaj? i
staj? si? niewidoczne przy zmianie o?wietlenia. Trzeba wi?c tak? parti?
pozostawi? na inn? por? dnia, a? s?o?ce padnie na skal? pod odpowiednim
k?tem. Na Saharze nawet bardzo do?wiadczony fotograf ocenia b??dnie
intensywno?? ?wiat?a; mo?e by? ono bardzo r??ne od o?wietlenia pozornego.
Na przyk?ad w okolicy, gdzie s? czarne plamy ska? poutykanych w
z?otop?owej p?aszczy?nie piask?w, a s?o?ce jest lekko zawoalowane przez
fech-fech — drobny, piaskowy py?, nie spos?b fotografowa? bez
?wiat?omierza z fotokom?rk? elektryczn?.articles: T1277478_2.jpg
Mijaj? dni. Ponad po?owa trasy przez Sahar? poza nami. Dzi? pod wiecz?r
zobaczyli?my, co jest tu unikaln? rzadko?ci? — grupk? palm w pustyni, wody
ani ?ladu, powierzchnia jak gdyby wysch?ych bagnisk pokryta bia?ymi
plamami zaschni?tego, bia?ego proszku. To s?l. Stajemy na biwak.
Rozwieszam hamak pomi?dzy palmami, ryzyko spania na ziemi jest za wielkie.
Ostrzegani przez nomad?w, wiemy, ?e w?a?nie w takich jak to miejscach jest
najwi?cej w??y i innych niezbyt mi?ych zwierz?tek. Tankuj? benzyn?. Robi?
to zawsze noc?, poniewa? ni?sza temperatura nie powoduje takiego
odparowania paliwa, kt?re wynosi w warunkach tu panuj?cych oko?o 8%. Potem
k?ad? si? spa?. Budzi mnie silny wiatr, to chamsin. Ruszamy wcze?nie, bez
?niadania — przeszkadza wiatr i masy niesionego py?u i piasku. Dot?d
chamsin nie by? gro?ny, ale teraz to ju? chyba gibli, jeszcze gorszy. To,
co si? teraz zacz??o, widzimy po raz pierwszy w ?yciu. Widoczno??
ograniczona do paru metr?w, a czasem wcale jej nie ma, pomimo ?e os?ania
mnie w kabinie szyba, musz? prowadzi? w?z (o ironio!) w ?nie?nych
okularach. Obawiam si? o system filtrowania powietrza, jest to ci??ka
pr?ba dla konstruktor?w. Tak mija dzie?. Ca?y czas jad?, s?o?ca nie wida?,
nie przypieka wi?c tak mocno. Jedyna troska — to utrzymanie kierunku, a
trzeba teraz lawirowa? po?r?d ska? i jakich? paskudnych w?do??w. Czasem z
konieczno?ci zawracam i szukam nowego przejazdu. To piek?o
Bahar-es-szejtan, po arabsku Morze Diab?a, gibli z jego szale?czymi
porywami mija po trzech dniach.
Docieramy do fortu Koro-Toro. Zaproszeni przez dow?dc? rozkoszujemy si?
ch?odem wewn?trz mur?w. Podczas obiadu us?uguje, nie, to nieodpowiednie
okre?lenie — po prostu dyskretnie celebruje przy posi?ku ?ona komendanta
fortu. Pi?kna, wysoka, o kr?lewskich ruchach, czarna dziewczyna. M??,
widz?c nasze pe?ne zachwytu spojrzenia i domy?laj?c si? rzucanych
p??g?bkiem uwag, z dum? o?wiadcza, ?e ?on? sprowadzi? a? z plemienia
Tussi, znad jeziora Kiwu (Ruanda Urundi). Posterunek mie?ci si? w wielkim,
pomalowanym na bia?o forcie. Czworobok paro-metrowych mur?w wyrastaj?cych
z piasku, otoczony wype?niaj?cym go stopniowo, wzg?rzem piasku. Na nim
zespolone ?ci?le z murami, wyci?tymi w blanki i strzelnice, wie?cz? go
zabudowania po??czone w jeden labirynt z kwadratowym dziedzi?cem. Tu
mieszcz? si? izby zajmowane przez komendanta, sala rozpraw i przyj??,
pokoje go?cinne, koszary (przez ca?y dzie? zobaczy?em 2 ?o?nierzy — by?oby
nietaktem pyta? komendanta o „stan za?ogi", ale przypuszczam, ?e nie
przerasta? on o 25% tego, co widzieli?my), dalej magazyny, kuchnia i
wi?zienie, od kt?rego klucza jeden z ?o?nierzy bezowocnie poszukiwa? ju?
od dw?ch godzin, a aresztowany w tym czasie siedzia? sobie przed fortem na
wydmie razem z rodzin?, a? w?ciek?y na niezdarnego ?o?nierza komendant
kaza? mu si? wynosi? do Szejtana. Od frontu bastionu — par? cha?upek 20
sta?ych mieszka?c?w osady, studnia obudowana dachem i ?cianami, a gdzie?
tam dalej o 705 km (tak wynika z oblicze?) Fort Lamy. Reszta to piasek. Z
lewej strony piaski, z prawej, tu? pod murem dwa kolczaste drzewka i zn?w
piasek a? do horyzontu, z ty?u... piasek... piasek... a? do Morza
?r?dziemnego, te drobne 3050 km. To wszystko nakryte czap? s?onecznych
promyk?w tak grzej?cych, ?e ?mier? w lod?wce wydaje si? rozkosznym zgonem.
Tak wygl?da egzotyczny fort. Obrazu dope?nia daleki, j?kliwy ton
przesypywanych wiatrem piask?w. Najbli?sz? okolic? wiatry omijaj? przez
wi?ksz? cz??? doby, co mog?o by? jedn? z przyczyn obrania miejsca na
budow? fortu. Jest to te? miejsce z wod? i ko?cz? si? tu wielkie,
w?druj?ce wydmy, a zaczyna r?wnina, lekko pofa?dowana, przechodz?ca w
pustynn? sawann?.
W Koro-Toro, pr?cz mi?ych wspomnie?, pozostawi?em lub, by? mo?e,
„pozostawiono mi" telek, ma?y sztylet, otrzymany w prezencie od jednego z
poznanych nomad?w w Tibesti. Taki sztylet na sk?rzanej opasce, prostej lub
splatanej, nosz? m??czy?ni na lewym przedramieniu. Mia?em go w kabinie
obok siedzenia. M?g? sam wypa?? w czasie wysiadania na trasie lub po
prostu znikn??, gdy STAR sta? ca?y dzie? przed fortem. By? to jedyny
niejasny przypadek w okresie ca?ej wyprawy.
?egnani przez go?cinnego komendanta, jego ?on? i ma?ego synka, robimy
gospodarzom zdj?cia. Ruszamy, obdarowani na drog? wielkim ud?cem, lekko
podw?dzonym, jakiego? zwierzaka oraz piecz?tk? w dzienniku ekspedycji: „l
Regiment du Tchad Koro-Toro — Chef de Poste". Z informacj?, ?e czasami z
Fort Lamy, raz lub dwa razy w miesi?cu, przyje?d?a tu samoch?d, zanurzamy
si? w piaski. Przez Faya Largeau do Fort Lamy stolicy Czadu. Tam sko?czy
si? pustynia. Przejechali?my podobno najtrudniejsze odcinki,
przejechali?my je bez jakiejkolwiek awarii samochodu. Jestem mu za to
wdzi?zny. Cz?owiek i maszyna dotarli tam, gdzie jeszcze s? pierwotne ?lady
cz?owieka i narz?dzia. Samoch?d, to wsp??czesne narz?dzie na co dzie?
cz?owieka 20 wieku, pomaga? odnajdywa? ?lady naszych praprzodk?w.
Pomimo ?e przeby?em ca?? tras? bez jakiejkolwiek awarii, drugi raz, ze
wzgl?du na ryzykowne warunki, nie zdecydowa?bym si? na jazd? tak? tras?
tylko jednym samochodem. Chyba ?e przebiega?aby ona przez... pustyni?
Kalahari.

Dobieslaw Walknowski
----------------------------------------------
Mgr Dobieslaw Walknowski, projektant form przemys?owych, podr??nik i
etnograf, w latach 1963—1970 bra? udzia? w odleg?ych wyprawach
podejmowanych na polskich samochodach ci??arowych „Star-25" i „Star-66".
Przemierza? w nich jako uczestnik ekspedycji paleontologicznych PAN
bezdro?a Mongolii (1963, 1964, 1965), jako uczestnik ekspedycji Klubu
Wysokog?rskiego w Hindukusz — g?ry Afganistanu (1966), jako kierownik
polsko-w?gierskiej wyprawy badawczej — bezludne obszary Afryki (1967) i
wreszcie jako kierownik zorganizowanej przez „Polmot" podr??y
akwizycyjno-do?wiadczalnej — kraje Bliskiego Wschodu oraz ?rodkowej i
Po?udniowej Azji (1970).
Obok zamieszczamy spisane specjalnie dla Czytelnik?w „M.T." jego wra?enia
z najtrudniejszej pr?by, kt?r? i dla cz?owieka, i dla maszyny by?o
pokonanie Sahary Table 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't exist

Translate site

Table 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't exist

Table 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existUnknown column 'settings_name' in 'where clause'Table 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_errors' doesn't existTable 'db702206.fusion_email_verify' doesn't existUnknown column 'user_actiontime' in 'where clause'Unknown column 'user_actiontime' in 'where clause'Unknown column 'settings_name' in 'where clause'